Refleksje reinkarnacyjne
A więc jestem z powrotem. Zajęło mi to odrobinę dłużej, niż myślałem. Ale wróciłem, i mam się dobrze. Zresztą ci, którzy mnie znają, wiedzą, że od zawsze swoją tożsamość sieciową traktuję użytkowo.
Korzystam z internetu po kilka godzin dziennie codziennie. Szukam w jego wnętrznościach informacji i rozrywki. Ale nie szukam towarzystwa. W ogóle wszystko, co wiąze się ze społecznościowym charakterem sieci, poza nielicznymi forami tematycznymi, jest dla mnie w pewien niedookreślony sposób odrażające. Anonimowość prowokuje ludzi do mitomanii i zakłamania, cwaniackich zachowań i przemysłowej liczby aktów dyskredytujących i prześladowczych. Oczywiście nie mówię niczego nowego, każdy wie jak wygląda polski internet, od żenujących w formie i treści komentarzy pod wiadomościami po karykaturalne spamerstwo w wykonaniu nadpobudliwych trzynastolatek za pośrednictwem Gadu-Gadu. Ale z tym wszystkim kumulują się moje osobiste odczucia, w których gdzieś głęboko spojona z zamiłowaniem do elektroniki ukrywa się silna niechęć do (hmm) społecznych rezultatów jej rozpowszechnienia. A przede wszystkim nadużywania.
Kiedyś było w jakiś sposób ciekawiej. Od dzieciństwa człowiek akceptował czasochłonność pracy twórczej w każdym możliwym rozumieniu tego słowa, a efekt tej pracy, nawet nieprzedstawiający większej wartości w sensie obiektywnym, stanowił wartość osobistą, bo kosztował twórcę pewną, mówiąc ilustratywnie, niezerową liczbę jednostek wysiłku. Teraz twórczość, a właściwie moderowana przez elektromarketnig odtwórczość, nie kosztuje nic, efekty widoczne są natychmiast, a nieudane poczynania mogą być wycofane w mgnieniu oka. To zaś jest w większości przypadków skrytobójstwo dokonane na kreatywności, cierpliwości i w ogóle myśleniu, bo po co tu myśleć, skoro każdy błąd da się anulować? W ogóle wynalazki ostatnich lat, błyskawicznie instalowane na naszych komputerach, i co gorsza implementowane w świadomości, zdają się w efekcie wywoływać epidemię niemyślenia.
Odniosę się tu do przykładu, który zawsze w takich okolicznościach przychodzi mi do głowy: aparat fotograficzny. Porządna cyfrówka kryje w sobie spory potencjał, ale ogromna większość użytkowników robi nimi zdjęcia, jak pijany majster wbijający gwóźdź w sękaty kawałek deski: jak się uda, to fajno, a jak nie, to się walnie jeszcze raz. Albo dwa. Albo pięć tysięcy, na ile karta pamięci pozwoli. Doprecyzujmy, nie oczekuję, żeby fotografie z imienin cioci Helenki miały poziom World Press Photo; ale na Boga, ci ludzie miewają się za artystów! Zrobi ten czy owa sesję plenerową na jakimś pagórku, spośród kilkuset zdjęć poczętych w osiem minut wybierze jedno, jeśli jakiś detal jest zły, dajmy na to krzywy słup telegraficzny stoi w środu kadru, to się go wytnie lub wyprostuje w Photoshopie i bum, arcydzieło gotowe. Jeszcze transfer na jakąś stronę: jak cycki, to na fotka.pl, jak artystyczne, to plfoto, a jak mroczne, to Deviant Art (e… co?). Nie chcę tu robić wypominek za romantycznym charakterem kliszowych aparatów, ale na Boga, kiedyś, jeśli ktoś aspirował do bycia fotografem, bardzo się starał nie zmarnować żadnej klatki filmu, zwyczajnie ucząc się rzetelnie jego wykorzystywania. Dziś mimo zalewu łatwo dostępnego i przyzwoitej jakości sprzętu mało kto się uczy, jeszcze mniej potrafi, a prawie wszyscy aspirują do bycia artystami.
Zresztą tu nie chodzi wyłącznie o sztukę, czy też jej wszelakie zurbanizowane karykatury. Chodzi o ogólną bezużyteczność rozmaitych technologicznych wynalazków i rozwiązań, premiowanych, jakby na przekór, bezkrytyczną społeczną aprobatą. Starając się nie rozwodzić w temacie, w którym mógłbym naawijać godzinami, niech ktoś zasugeruje, jaki jest wymierny pożytek z posiadania konta i profilu na Naszej-Klasie, portalu, który mimo żenująco niestabilnego działania wywołał masową histerię u nastolatków, a nawet erekcję wśród niektórych polityków? Stadna orgia paranoicznego oglądania się, podśmiewania, oceniania, cenzurowania tudzież lizania nawzajem po fiutach i innych elementach ciała, ot co. Warta miliony, choć częściej zamiast cycków najładniejszej koleżanki z liceum napalony klient może zobaczyć, co za absurd, smutną gąbkę opatrzoną mało adekwatnym komunikatem!
Zaraz, czyżbym brzmiał jak cyniczny, przykurzony krytykant? Ależ owszem, dokładnie nim jestem. Czuję się dzieckiem dawniejszej, bardziej urokliwej epoki, i pewne nowoczesne zjawiska społeczne wywołują u mnie niezdrowe podniecenie i podniesioną adrenalinę przywodzącą na myśl nie tak przecież odległy teenage angst. Ale nie, nie chodzi mi o to, żeby na siłę wracać do prostszych, a piękniejszych czasów, jakich jeszcze niedawno byliśmy świadkami. Tego się nie da zrobić, a nawet jeśli, byłby to okropny regres – bo przecież z komputerami i ich pochodnymi da się stworzyć naprawdę wiele. No właśnie, marzy mi się społeczeństwo, które jest tego świadome. Prawdziwa kultura internetowa. Może w wielu miejscach coś takiego już kiełkuje. Ale to co widzimy całościowo na tę chwilę, przypomina niestety pożar w burdelu. Albo rebelię w psychiatryku dla nadpobudliwych dzieciaków.
Wiecie już, czemu nie pisałem tak długo, czemu zdeinstalowałem Gadu-Gadu zastępując go aspołecznym gTalkiem, czemu zmienam maile i znikam z forów bez ostrzeżenia. Bo tego wszystkiego całościowo nie lubię, a jednocześnie, spędzając tu tak dużo czasu, ustawicznie i bez satysfakcjonujących rezultatów szukam sobie własnego miejsca.
Ale jest też i inny powód. Nie chciało mi się. Miałem ręce zajęte czymś bardzo ładnym. Na szczęście nikt mnie jeszcze nie zmusza do utrzymywania sieciowych kontaktów towarzyskich wbrew mojej woli; i dobrze, bo są na świecie zjawiska o wiele bardziej warte uwagi niż baloniki w trayu. Doprawdy, z komputerem nie da się robić pewnych fascynujących rzeczy.
About this entry
You’re currently reading “Refleksje reinkarnacyjne,” an entry on Every day is exactly the same.
- Published:
- Monday, February 18, 2008 / 1:05
- Category:
- Uncategorized
- Tags:
- emo, komputery, marudzenie, nasza-klasa
No comments yet
Jump to comment form | comments rss [?] | trackback uri [?]